Cześć!

Jestem Kuba. Lubię opowiadać historie, które mają znaczenie.

  1. Dlaczego tak bardzo cenię pracę z obrazem? To proste. Obrazy mówią uniwersalnym językiem, budząc emocje i opowiadając historie w sposób, którego same słowa nie oddadzą. Miejsce po drugiej stronie obiektywu dało mi unikalną wolność ekspresji i budowania narracji.

  2. Przez blisko dwie dekady zrealizowałem setki reportaży i materiałów dokumentalnych dla ogólnopolskich programów publicystycznych, takich jak Magazyn Ekspresu Reporterów, Alarm, Telekurier czy Reporterzy. Choć swoją karierę dziennikarską rozpocząłem w redakcji informacyjnej, dość szybko zrozumiałem, że aby tworzyć materiały, które naprawdę zatrzymują widza, muszę stać się wszechstronnym twórcą, rozumiejącym każdy aspekt telewizyjnego rzemiosła. Dlatego w swojej pracy nie ograniczam się do jednej roli. Odpowiadam za cały proces produkcyjny: od skrupulatnego researchu, przez operowanie kamerą, przeprowadzanie wywiadów, pracę nad tekstem, aż po ostateczny montaż i postprodukcję.

  3. Moje podejście to splot miłości do sztuk wizualnych i uporu w opowiadaniu historii, które mają realny wpływ na rzeczywistość. Nie chodzi w tym tylko o samo trzymanie kamery, zgrabny montaż czy zadawanie trudnych pytań – chodzi o użycie obrazu do tego, by budować więź, angażować i zmuszać do refleksji.

  4. W moich reportażach starałem się oddawać głos ludziom, którzy na co dzień są go całkowicie pozbawieni. Dziennikarstwo interwencyjne to w dużej mierze spotkania z człowiekiem w kryzysie – z ludźmi bezsilnymi w starciu z bezduszną biurokratyczną machiną czy zmagającymi się z dramatycznymi skutkami degradacji środowiska. Dobrym tego przykładem jest zrealizowana przeze mnie seria reportaży o problemie zapadlisk i potężnych kosztach społecznych, jakie z dnia na dzień spadły na lokalną społeczność po zamknięciu kopalni Olkusz-Pomorzany.

  5. Praca w bezlitosnym środowisku dziennikarstwa interwencyjnego nauczyła mnie jednak nie tylko empatii, ale też umiejętności błyskawicznego rozwiązywania problemów i brutalnego pragmatyzmu. Działanie w terenie, nierzadko pod ogromną presją czasu i w nieprzewidywalnych warunkach, wymusiło na mnie całkowitą samodzielność. Z drugiej strony, to właśnie ta niezależność daje mi największą wolność, pozwala opowiadać historie od A do Z.

  6. Zawsze napędzała mnie czysta ciekawość świata. Żyjemy w szalenie interesujących czasach, a to oznacza, że nie można stać w miejscu – trzeba nieustannie się rozwijać, weryfikować swoje założenia i wciąż uczyć się wszystkiego na nowo. Traktuję to jako wyzwanie, w którym nowe technologie są potężnym sprzymierzeńcem. To właśnie ten głód wiedzy sprawił, że mój reporterski warsztat zaczął w naturalny sposób ewoluować w stronę rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji. Dziś szukam nowych wyzwań na styku mediów i technologii — tam, gdzie doświadczenie reportera i praktyczna znajomość AI dają razem więcej niż każde z osobna.

  7. DalejApps

O mnie

Mówienie o sobie nigdy nie przychodziło mi łatwo. Przede wszystkim dlatego, że mam poczucie, iż wciąż niewiele o sobie wiem. Mam czterdzieści lat z okładem i nadal nie mam wyrobionego zdania na większość spraw, które ludzie uważają za „definiujące”. Zawsze staram się dopuszczać wiele punktów widzenia i nie przywiązywać się do żadnego na dłużej, niż jest on w stanie wytrzymać opór rzeczywistości. Choć dla wielu osób taki brak twardych, niezmiennych poglądów może wydawać się wadą, uważam, że dla dziennikarza czy researchera to największa zaleta.

Przez większość życia mieszkałem w Polsce. Moja przygoda z wizualnym opowiadaniem historii zaczęła się w pracowni artystycznej mojego dziadka – niemal świętej dla mnie przestrzeni, gdzie zrozumiałem, jak wielką siłę rażenia potrafi mieć pojedynczy obraz. Moja ścieżka zawodowa rozpoczęła się jednak w newsroomie, od pracy dziennikarza i montażysty wideo. To doświadczenie pozwoliło mi poznać od podszewki każdy aspekt telewizyjnego rzemiosła i ukształtowało mnie jako wszechstronnego twórcę. Przez 20 lat pracowałem jako reportażysta dla Telewizji Polskiej. To o tyle ironiczne, że przez całe dzieciństwo niewielu rzeczy byłem tak bardzo pewien, jak tego, że nie zostanę dziennikarzem – tak jak mój ojciec. Chciałem studiować filozofię i zostać wykładowcą akademickim. Życie i konieczność znalezienia zatrudnienia zweryfikowały te plany, ale to właśnie zdolność do adaptacji okazała się moją najważniejszą cechą. Znalazłem się w mediach i odnalazłem się w nich całkiem dobrze.

Dziennikarstwo mnie zdefiniowało. Nauczyło mnie dyscypliny i wytrwałości, ale przede wszystkim zadziałało jak wieloletnia terapia – wyleczyło mnie z dziecięcych traum. Przez lata bałem się odezwać do ludzi, których uważałem za mądrzejszych od siebie, paraliżowała mnie obawa przed oceną. Z dzisiejszej perspektywy bywało to wręcz komiczne, ale praca z kamerą i mikrofonem zmusiła mnie do konfrontacji z tym lękiem. Pracę w mediach cenię do dziś właśnie za to, że pozwala doświadczać świata wciąż na nowo. Daje możliwość ciągłego redefiniowania siebie i swojego miejsca w najróżniejszych kontekstach. To nieustająca przygoda.

Dla kogoś z zewnątrz mogę wydawać się osobą niestałą, może nawet niezdolną do dowożenia rezultatów. W końcu nie skończyłem studiów, a także moja pierwsza aplikacja – OrsonAI – okazała się niewypałem. Głęboko jednak wierzę, że w życiu trzeba bezustannie eksplorować możliwości i potrafić zrobić pivot wtedy, gdy przemawiają za tym okoliczności. Z drugiej strony, potrafię się potężnie zaangażować w projekty, w których widzę sens – fakt, że spędziłem 20 lat w jednej, niezwykle wymagającej branży, chyba najlepiej dowodzi, że traktuję to, co robię, bardzo poważnie.

Lubię zadania wymagające kreatywności. Wiem, że brzmi to oklepanie, a kreatywność może dziś oznaczać dosłownie wszystko, dlatego dla mnie to słowo ma bardzo konkretny wymiar: to rzucenie się na głęboką wodę i postawienie się w sytuacji, w której trzeba zbudować coś zupełnie od nowa. To właśnie dlatego tak bardzo ceniłem pracę reportażysty. Choć można odnieść wrażenie, że w reportażach przewijają się wciąż te same historie i ludzkie motywy, to dobry dokumentalista potrafi opowiedzieć o nich za każdym razem w zupełnie nowy, intrygujący sposób.

Jeśli miałbym wskazać swoją największą wadę, to z pewnością byłby to brak inteligencji emocjonalnej. Zupełnie „nie czytam pokoju”. Jeśli ktoś nie zakomunikuje mi czegoś wprost, najpewniej tego nie zauważę. To może wydawać się dość zabawne, ale ten paradoks sprawia, że pod tym względem bywam niezwykle wręcz podobny do sztucznej inteligencji.

A prywatnie? Największą radość daje mi rodzina. Obserwowanie, jak rozwijają się moje dzieci, to fascynujące doświadczenie. Mam jednak do siebie żal, że poświęcałem im dotąd zbyt mało czasu – to jedna z głównych rzeczy, które staram się teraz w swoim życiu zmienić.

Lubię czytać książki, które dają mi poczucie ciągłości. Takie, które pokazują, że choć zmieniają się epoki i dekoracje, w gruncie rzeczy dzielimy dokładnie te same radości i smutki z ludźmi, którzy żyli setki lat przed nami. Stąd moja fascynacja „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk i twórczością Marcela Prousta. Moim wielkim marzeniem jest zresztą nauczenie się języka francuskiego na tyle dobrze, by móc w końcu przeczytać „W poszukiwaniu straconego czasu” w oryginale.

Kocham muzykę klasyczną – Arvo Pärta, zespół L'Arpeggiata, ale przede wszystkim kantaty i msze Bacha w wykonaniu Philippe'a Herreweghe. Od niedawna mieszkam w Belgii, całkiem blisko Gandawy, więc mam ogromną nadzieję, że wkrótce nadarzy się okazja, by usłyszeć jego interpretacje na żywo.

A poza tym? Lubię po prostu słuchać deszczu i patrzeć, jak trawa ugina się na wietrze. W zupełności mi to wystarcza.

Moje podejście do pracy

Dziennikarstwo, a zwłaszcza praca w telewizji, jest dla mnie przede wszystkim sposobem poznawania świata, przepustką do miejsc i ludzi, do których inaczej nigdy bym nie trafił. Do dziennikarstwa przyciągnęła mnie ciekawość i to ona do dziś trzyma mnie w tym zawodzie. I po 20 latach wciąż czegoś się uczę.

Ta nauka nie jest zresztą wyborem, tylko warunkiem tej pracy. Dziennikarz co chwilę mierzy się z tematem, o którym jeszcze wczoraj niewiele wiedział, a w większości przypadków bez rzetelnego researchu ani rusz. Zmieniają się przepisy, zmieniają się okoliczności, zmieniają się ludzie, których dana sprawa dotyczy. Dlatego w tym zawodzie nigdy nie robi się dwa razy tego samego tematu – nawet wtedy, gdy problemy wydają się łudząco podobne. Dwie rodziny, które spotkała ta sama tragedia, to nadal dwie różne historie, a to, co trzy lata temu było prawdą, dziś bywa już tylko punktem wyjścia.

Dla wielu moich znajomych z branży dziennikarstwo jest czymś na kształt służby. Mnie także bliskie jest to podejście – i to pomimo faktu, że brakuje w nim sformalizowanych struktur wojska czy policji, a ja sam przez większość kariery mogłem liczyć co najwyżej na wierszówkę. O żadnych przywilejach, państwowym parasolu ochronnym czy instytucjonalnym bezpieczeństwie nie było nawet mowy. A jednak zawsze miałem poczucie, że spoczywa na nas podobny ciężar obowiązku. Niezależnie od tego, czy danego dnia czuję się lepiej czy gorzej, czy temat jest dla mnie osobiście nieprzyjemny, czy wręcz budzi fizyczne zagrożenie – moim zadaniem jest po prostu ten temat „dowieźć”. Ludzie mają prawo wiedzieć, a moją rolą jest im tę wiedzę dostarczyć.

Właśnie dlatego tak bardzo drażnią mnie dzisiejsze roszczenia do absolutnego obiektywizmu. To nie jest tak, że nie szanuję klasycznych standardów – na co dzień słucham na zmianę BBC i Radio France, głęboko ceniąc ich zasady etyczne. Ale bądźmy szczerzy: granica między obiektywizmem a subiektywizmem w przypadku absolutnie każdej stacji zaczyna się i kończy dokładnie tam, gdzie wyznacza ją jej linia redakcyjna (editorial line). W wielu innych przypadkach te roszczenia to wręcz cyniczne wycieranie sobie twarzy dziennikarskim etosem, służące wyłącznie przemycaniu własnych poglądów. Byłoby znacznie uczciwiej, gdyby każda redakcja oficjalnie deklarowała, jaki światopogląd uważa za dominujący. Prawda jest taka – i to głębsza refleksja po latach pracy na planie – że telewizja z definicji nigdy nie jest obiektywna. Subiektywizm zaczyna się już na poziomie technologii i doboru kadrów. Sama decyzja operatora, czy trzymać kamerę z ręki (co nadaje ujęciu nerwowej dynamiki), czy postawić ją na statywie, to świadomy wybór, który natychmiast wpływa na narrację i odbiór emocjonalny. A przecież dochodzi do tego montaż, selekcja informacji i dźwięk. Obraz telewizyjny zawsze jest czyjąś interpretacją rzeczywistości.

Dla mnie prawdziwa etyka dziennikarska sprowadza się do niepisanej umowy z widzem: moim najważniejszym obowiązkiem jest nie marnować jego czasu. Wymaga to opowiadania historii w sposób, który angażuje i intryguje, nawet jeśli od dekad na ekranach przewijają się te same uniwersalne motywy ludzkich dramatów i radości. W bezlitosnym środowisku dziennikarstwa interwencyjnego, realizowanego pod ogromną presją czasu, nauczyłem się balansować autorską wizję z brutalną pragmatyką. Nie chodzi w tym tylko o trzymanie kamery czy zadawanie trudnych pytań. Chodzi o oddanie głosu tym, którzy go nie mają, i użycie wizualnego języka tak, by budował więź, uderzał w odpowiednie struny i rezonował z odbiorcą.

To z kolei wymaga rzemieślniczej pokory i rygorystycznego przygotowania. Dokumentacja tematu to dla mnie nie tylko przedwstępna rozmowa z bohaterami. To zjawienie się na miejscu odpowiednio wcześniej, żeby sprawdzić architekturę przestrzeni, ocenić, jak w czasie zdjęć będzie układać się światło i z której strony zaświeci słońce. Ta czysto analityczna, wręcz inżynieryjna część pracy na planie pozwala mi zaplanować realizację na chłodno, by później, w kluczowym momencie, móc skupić się wyłącznie na człowieku i jego historii.

Nigdy nie goniłem za nagrodami branżowymi, nie wysyłałem swoich reportaży na festiwale. Złożyły się na to dwa powody. Po pierwsze, opowiadając o cudzym życiu, często o czyichś osobistych tragediach, nigdy nie potrafiłem poczuć się „autorem” tych historii – po prostu nie uważałem, bym miał do tego moralne prawo. Po drugie, przez lata świadomie budowałem opinię człowieka, który nie jest kapryśnym artystą-indywidualistą, lecz rzetelnym graczem zespołowym. Świadomie zrezygnowałem z pretensji artystycznych na rzecz płynności pracy. Robiłem materiały dla wydawców – sprawnie, w terminie, bez zbędnych dyskusji. Dbałem o to, żeby koła tej maszyny kręciły się bez zgrzytów. Głęboko wierzę, że opowiadanie ważnych historii i wywieranie realnego wpływu na rzeczywistość nie wymaga budowania pomnika dla ich twórcy.

AI w dziennikarstwie

Wracam ze zdjęć. Ręce na kierownicy, w głowie kotłują mi się świeże przemyślenia i wrażenia z planu, więc włączam czatbota i po prostu z nim rozmawiam. Opowiadam, co zobaczyłem, układam na głos pierwsze zdania materiału, wyliczam, co muszę jeszcze sprawdzić. Bot wszystko zapisuje, porządkuje w notatki i na bieżąco komentuje moje pomysły. Z takiej rozmowy powstaje czasem wstępny szkic tekstu, a czasem tylko lista obserwacji, która pomaga mi przy dalszej pracy nad materiałem. Wcześniej, zanim dotarłem do redakcji, wiele ulotnych, a bardzo dobrych pomysłów po prostu mi umykało. Kiedy do tematu trzeba było wrócić po kilku dniach, wiele rzeczy musiałem odkrywać na nowo.

Ponieważ od premiery ChatGPT korzystam ze sztucznej inteligencji niemal każdego dnia, trudno mi się odnaleźć w debacie o AI w mediach, w której na pierwszy plan niemal zawsze wysuwają się kwestie praw autorskich, etyki i bezpieczeństwa źródeł. I słusznie, bo modele wciąż konfabulują: w badaniu EBU i BBC z października 2025 r. co piąta odpowiedź asystentów AI na pytania o bieżące wydarzenia zawierała poważne błędy merytoryczne, takie jak zmyślone lub nieaktualne informacje. Z perspektywy dziennikarskiej rzetelności halucynacje to koszmar. Uważam jednak, że mimo tego ryzyka pragmatyczne wykorzystanie tej technologii pozwoli przede wszystkim wzmocnić dziennikarski warsztat. Sam chętnie sięgam po AI, zaczynając od automatyzacji najbardziej żmudnych, powtarzalnych procesów. To z tej potrzeby zrodziła się moja pierwsza aplikacja, OrsonAI, wspomagająca transkrypcję wywiadów w czasie rzeczywistym i błyskawiczny import do edytora.

Prawdziwa rewolucja dokonuje się jednak w obszarze researchu. Narzędzia do analizy otwartych źródeł (OSINT), jeszcze do niedawna koszmarnie drogie i zarezerwowane dla największych agencji wywiadowczych czy gigantów rynkowych, dziś uległy radykalnej demokratyzacji. Każdy może na własne potrzeby zbudować agenta, który w kilka sekund wyciągnie i ustrukturyzuje kluczowe dane z wielostronicowych dokumentów. Ostateczna weryfikacja faktów zawsze pozostaje bowiem po stronie człowieka, ale sam fakt błyskawicznego namierzenia, gdzie konkretna informacja znajduje się w piśmie, wielokrotnie skraca czas pracy dziennikarza śledczego.

Naturalnie, bardzo szybko pojawia się pokusa, by pójść o krok dalej: skoro maszyna umie czytać, niech sama napisze tekst. Mój stosunek do tego jest mieszany, bo na razie sztuczna inteligencja po prostu nie potrafi zrobić za mnie tego, co w tworzeniu materiału najważniejsze. Żaden model nie jest w stanie wziąć garści surowych wywiadów i ułożyć z nich sensownej telewizyjnej „drabinki” – precyzyjnej struktury, w której wypowiedzi bohaterów naturalnie przeplatają się z narracją autorską i inteligentnie korespondują ze zrealizowanymi zdjęciami. Próba stworzenia agentowi odpowiedniego kontekstu, by wygenerował scenariusz zbliżony do moich oczekiwań, wymagałaby obecnie pracy niewspółmiernej do ostatecznego efektu. Być może to kwestia czasu i kolejnych iteracji modeli, ale do tej pory nie znalazłem narzędzia, które potrafiłoby uchwycić ten poziom złożoności. AI nieźle radzi sobie z krótkimi informacjami i notatkami prasowymi – pod warunkiem, że ktoś je potem sprawdzi – ale w dłuższych formach niemal zawsze wyczuwam brak indywidualnego stylu i płynności.

Z drugiej strony, nie jestem dogmatycznym przeciwnikiem wspierania się sztuczną inteligencją w pracy twórczej. Pisanie, bądźmy szczerzy, jest po części umiejętnością czysto mechaniczną. To, co naprawdę się liczy, to idea, oryginalne spojrzenie i to, co autor ma nam do przekazania. Dobry, niesztampowy pomysł i oryginalne myślenie prędzej czy później przebiją się przez warstwę formy. Znam aż nazbyt wielu dziennikarzy, którzy od lat nie mają nam do powiedzenia niczego nowego, a ich teksty do złudzenia przypominają wygenerowane przez algorytm gotowce – brakuje w nich jakiejkolwiek żywej idei. Brakuje tej specyficznej iskry, nieszablonowej inteligencji i ludzkiego błysku, którego matematyka modeli językowych wciąż nie potrafi uchwycić.

Kiedy czytam artykuł, zazwyczaj już po kilku pierwszych zdaniach wiem, czy jego treść ze mną rezonuje. Szczerze mówiąc, to, czy napisał go człowiek, czy maszyna, schodzi dla mnie na dalszy plan wobec pytania: czy ten tekst wnosi w moje życie nową wartość? Czy potrafi zmienić moje spojrzenie na dany problem? Zresztą, wbrew powszechnemu przekonaniu, bardzo trudno jest dziś na poziomie samej składni kategorycznie odróżnić tekst ludzki od maszynowego. Testując detektory tekstów AI, szybko odkryłem, że doskonale ustrukturyzowane, logiczne i rytmiczne felietony znanych publicystów, napisane jeszcze w 2013 roku, bywają przez programy oznaczane jako stuprocentowe twory maszyny. Działa to zresztą w obie strony. Detektor ZeroGPT uznał fragment Deklaracji Niepodległości USA w niemal 98 proc. za dzieło maszyny, a gdy „Wired” sprawdzał tekst, który – jak redakcja sama potem ustaliła – był wymysłem AI, dwa detektory uznały, że najpewniej napisał go człowiek. Piętnowanie tekstów wyłącznie na podstawie ich brzmienia uważam więc za pozbawione większego sensu.

Jako czytelnik oceniam wartość tekstu, nie autora, ale zaufanie publiczne opiera się na tym, kto za tekst odpowiada. Dlatego rozumiem odmienne, purystyczne podejście: założenie, że ze względów etycznych dziennikarstwo powinno pozostać strefą wolną od maszyn, jako obszar szczególnego społecznego zaufania. Tyle tylko, że takie rozwiązanie wymagałoby twardej umowy społecznej i wprowadzenia mechanizmów, które bezsprzecznie gwarantowałyby certyfikat ludzkiego autorstwa. Takich mechanizmów wciąż nie ma: istniejące certyfikaty ludzkiego autorstwa są dobrowolne i nie stały się standardem w mediach. Sam sporo o tym myślałem, projektując certyfikat ludzkiego autorstwa kotwiczony na blockchainie – niezmienny dowód tego, kto napisał dany tekst. Kiedy jednak przedstawiłem ten pomysł znajomym z branży, spotkałem się z całkowitym brakiem zainteresowania i niezrozumieniem takiej potrzeby.

Ostatecznie, mimo że dziennikarstwo wymienia się dziś na czołowych miejscach list zawodów najbardziej zagrożonych przez AI, uważam, że w epoce sztucznej inteligencji dziennikarze z prawdziwego zdarzenia będą mieli się całkiem dobrze. Po pierwsze dlatego, że prędzej czy później nadejdzie moment systemowego otrzeźwienia – wartość ludzkiej kontroli nad informacją zostanie potraktowana na tyle poważnie, że doczeka się odpowiednich regulacji prawnych. Pierwsze już są, choć idą w inną stronę: od 2 sierpnia 2026 r. unijny AI Act każe oznaczać wygenerowane przez AI teksty o sprawach publicznych, chyba że przeszły kontrolę redakcyjną i ktoś bierze za nie odpowiedzialność. Prawo pyta więc, kto odpowiada, ale nie daje czytelnikowi sposobu, by sprawdzić, kto naprawdę pisał.

Po drugie, nasze kompetencje idealnie skalują się w świecie technologii. Praca nad własną aplikacją i treningiem modelu uświadomiła mi jedną kluczową rzecz: tworzenie, zarówno w świecie technologii, jak i w mediach, to moim zdaniem w 90 procentach proces, który my, dziennikarze, mamy już dawno opanowany. To powtarzalny cykl dwóch rzeczy: researchu i iteracji. Zbierasz informacje. Weryfikujesz. Syntetyzujesz. Ulepszasz. I zaczynasz od nowa. Dla ludzi, którzy chcą się uczyć i rozumieć otaczającą ich rzeczywistość, sztuczna inteligencja otwiera wielkie możliwości. Jeden sprawny dziennikarz wsparty agentycznymi modelami może dziś zrobić to, do czego wczoraj potrzebny był cały zespół redakcyjny. To realna szansa na zwiększenie społecznej kontroli nad procesami zachodzącymi w świecie.

Kto zatem straci pracę? Przede wszystkim ci, dla których dziennikarstwo od dawna przestało być misją, a stało się powielaniem schematów. Ludzie, którzy co roku na ten sam temat piszą niemal identyczny tekst. Nie widzę ani jednego powodu, dla którego jakakolwiek redakcja miałaby ich zatrudniać, skoro algorytm zrobi to samo szybciej i za darmo. Nie łudzę się przy tym, że rynek zawsze odsieje odtwórczych. Czasem odsiewa najtańszych albo tych, którzy akurat stali najbliżej drzwi. Na dłuższą metę konkurencja ze strony maszyn zmiecie jednak z planszy przede wszystkim tych, którzy odrzucą rozwój i nie zechcą się uczyć. Oczywiście trudno przewidzieć kierunek w przypadku tak szybko rozwijającej się technologii. Sądzę jednak, że jeśli sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana w pracy dziennikarskiej w sposób etyczny – z myślą o naturalnym i nadrzędnym prawie ludzi do rzetelnej informacji – to ostatecznie paradoksalnie wzmocni nasz zawód. Stanie się narzędziem, które nie zastępuje człowieka, ale potęguje jego sprawczość.

Kiedy wracam ze zdjęć, rozmawiam z botem i dyktuję mu pierwsze zdania. On je zapisze, poprawi przecinki, może zaproponuje lepszy szyk. Ale to ja byłem na zdjęciach i to wciąż ja decyduję o tym, co znajdzie się w materiale i co zobaczy na ekranie widz. Czas zaoszczędzony na nudnych, powtarzalnych zdaniach, które AI pomaga mi zautomatyzować, mogę poświęcić bohaterom moich reportaży.

Reporterzy · Magazyn Ekspresu Reporterów

Reportaże w TVP VOD

  1. ReporterzyDom w pułapce
  2. ReporterzyCzeski złodziej
  3. ReporterzyZamknięta droga do jeziora
  4. ReporterzyDroga przez pole
  5. ReporterzyKłopoty spółdzielni
  6. ReporterzySchronisko grozy
  7. ReporterzyZbiorniki w Szczecinie
  8. ReporterzyCofnięta zgoda na budowę
  9. ReporterzyZawalony dach – co dalej?
  10. ReporterzyOsiedle Maltańskie sprzedane
  11. ReporterzyŁabędzie umierają w zatoce
  12. ReporterzyZawalony dom
  13. ReporterzyZalewane domy
  14. ReporterzyDomy nad jeziorem
  15. ReporterzyOdebrane mieszkanie
  16. ReporterzyOdbieranie zwierząt
  17. ReporterzyPolowanie na mandat?
  18. ReporterzySzczury w Szczecinie
  19. ReporterzyPłot na drodze dojazdowej
  20. ReporterzyCo zatruwa Berlinek?
  21. ReporterzyBloki do rozebrania
  22. ReporterzyKolekcjonerka dworków
  23. ReporterzyUzdrowisko widmo
  24. ReporterzyOszukani „Na mieszkanie”
  25. ReporterzyAfera finansowa w Obornikach
  26. ReporterzyŚmierdząca wioska
  27. ReporterzyDroga przez salę
  28. ReporterzyTo może być koniec rybackiego Helu
  29. ReporterzyZawraca Wartę
  30. ReporterzyCiechocinek
  31. ReporterzyŻubry (nie) pod ochroną
  32. ReporterzyZapadliska finał
  33. ReporterzyZapadliska II
  34. ReporterzyAI – zagrożenia
  35. ReporterzyZapadliska
  36. ReporterzyBurmistrz biznesmen
  37. ReporterzyBiogazownia Ciechocinek
  38. ReporterzyPył węglowy
  39. Reporterzy
  40. Reporterzy
  41. Magazyn Ekspresu ReporterówUwięzieni w smrodzie
  42. Magazyn Ekspresu ReporterówŚmierdząca sprawa
  43. Magazyn Ekspresu ReporterówHotel na lata
  44. Magazyn Ekspresu ReporterówChcemy godnie żyć
  45. Magazyn Ekspresu ReporterówDożywocie
  46. Magazyn Ekspresu ReporterówOkno z widokiem
  47. Magazyn Ekspresu ReporterówChcemy godnie żyć
  48. Magazyn Ekspresu ReporterówW cieniu kominów